Ten dzień pachniał latem. Czerwiec, słońce muskające ramiona, śmiechy dobiegające z ogrodu, delikatny wiatr wśród koron drzew. A w samym środku tego wszystkiego — oni. Dominika i Bartek. Piękni swoją naturalnością, swobodni, zakochani. To był dzień, który w stu procentach był ich. Zorganizowany po swojemu, z sercem, wbrew schematom i przeciwnościom.
lub odbył się w miejscu, które samo w sobie jest jak scenografia do filmu — Cicha 23. Otulona zielenią, pełna światła, estetyczna w każdym detalu. Ale to nie miejsce było najważniejsze. To, co czuło się najmocniej, to atmosfera bliskości. Emocje malujące się na twarzach bliskich. Radość, wzruszenie, śmiech.
Zdecydowali się na ślub humanistyczny — w pełni osobisty, napisany dla nich i o nich. Słowa, które padły podczas ceremonii, miały znaczenie. Opowiadały ich historię: o wspólnych drogach, czułych gestach, drobiazgach codzienności, które budują miłość. Nie było sztuczności, niepotrzebnego patosu. Była autentyczność, którą czuło się w każdym zdaniu i spojrzeniu.
Wszystko działo się naturalnie — bez sztywnych ram, bez pośpiechu. Cicha 23 stała się tego dnia ich przestrzenią — do wzruszeń, świętowania i tańczenia do białego rana. Ale zanim parkiet zapełnił się gośćmi…
…był jeszcze pierwszy taniec.
Z choreografią, która nie była tylko sekwencją ruchów — była opowieścią. Ich opowieścią. Świadomą, delikatną, pełną emocji. Tańczyli dla siebie. Zamiast stresu — obecność. Zamiast perfekcji — prawdziwe emocje.
To była piękna opowieść o miłości, która potrafi stawiać na swoim, która potrafi przetrwać wszystko. I właśnie za takie śluby — pełne odwagi i serca — jestem najbardziej wdzięczna.


































































































































